Szutrami, górami i lasami przez Szwecję, gdzie nie spotkałam ani jednego łosia.

Dzień 0 – Na start

Swoją małą przygodę rozpoczynam w Gdańsku, na przystani linii Polferries, oczekując na prom mający zabrać mnie za Niezbyt Wielką Wodę, w okolice Stockholmu, trochę nie mogąc już się doczekać momentu, gdy postawię stopy (i koła) na szwedziej ziemi, a trochę zastanawiając się skąd ja się tu wzięłam (chociaż doskonale wiem jak się tu znalazłam – bo nic innego nie działa tak motywacyjnie na człowieka jak stwierdzenie, że “e, na pewno nie pojedziesz”).

Promem tej wielkości będę płynąc po raz pierwszy (te małe podkrakowskie tratwy z silniczkiem nie mają tu prawa głosu) i nie wiem czego się spodziewać – wiem tylko, że w jakiś magiczny sposób muszę się teleportować z motocyklem na pokład, a tam już czekać na mnie będzie fotel lotniczy. Na szczęście odprawa i załadunek przebiega sprawnie – najpierw największy kaliber, czyli tiry i autokary, później ten najmniejszy, czyli motocykle i rowery, na końcu zaś zdecydowanie najliczniejsza grupa – osobowe 4-kołowce.

Bez problemu znalazłam swoje miejsce – i akurat to spośród setek innych już ktoś zajął, wybieram więc wersję VIPowską, ze stolikiem i wielkim oknem. Rozkładany fotel lotniczy to najbiedniejsza opcja na pokładzie, ale jest całkiem wygodnie – mam gdzie rozłożyć nogi, podładować urządzenia i spokojnie pospać do rana, kiedy przywita mnie słoneczne wybrzeże Szwecji.

Dzień 1 – Själkullviken

Prognozy pogody, które obserwowałam przez 2 tygodnie przed wyjazdem z domu, oszukały mnie już na starcie – zamiast ciepłych promieni słońca dostaję mgły, szarobure chmury i mżawkę, która wraz z upływem czasu przeistoczy się w ścianę deszczu. Nie ma co stać, trzeba jechać bo po to tu jesteśmy!

Pierwszy dzień, ze względu na późne przyjście promu (zjechałam na ląd ok. 12), nie obfituje w atrakcje – w planach mam tylko 2 punkty: Själkullviken i turystyczną chatkę, w której mogłabym spędzić noc, jeszcze dalej na północ wzdłuż wybrzeża. Do pierwszego z nich dotarłam tuż przed deszczem – do drugiego już nie, bo klasycznie nie uwzględniam w swoich planach opadów i szybko kończę przemoczona do szpiku kości. Zamiast chatki będzie pokoik w stadninie koni, gdzie nawet parzystokopytne są lepiej przystosowane do aktualnej pogody i odziane w gustowne derki.

Dzień 2 – Färnebofjärden

Nadejście poranka obwieszczają owce i kozy, głośnym krzykiem domagając się wypuszczenia na wypas.
Pogoda jakby się poprawiła bo po niemiłosiernym deszczu nie zostało wiele śladów, za to zza chmur wyjrzało słońce. Zapowiadało się cudownie, ale i tak przemarzłam na kość – przeszywający szwedzki wiatr nie bierze jeńców, a moje skromne cieplejsze warstwy nie stawiały mu wystarczającego oporu.

Powoli poruszam się na południe, podziwiając szwedzki krajobraz i chłonąc każdy promień słońca. Domki w kolorze faluńskiej czerwieni, rozległe pola przed lub zaraz po zbiorach, szerokie pastwiska i obecne na każdym rogu stadniny – wnioskując po ich ilości jeździectwo jest sportem narodowym i wielką pasją Szwedów. Absolutnie to rozumiem – krajobraz z dala od miasta i betonozy to środowisko, w jakim czuję się najlepiej.

Moim nieco niespodziewanym celem dnia zostaje park narodowy Färnebofjärden, a dokładnie 2 jego punkty. W pierwszym z nich robię postój na obiad i wygrzewanie zmarzniętych kości; w drugim, mimo dosyć wczesnej pory, robię sobie kilkukilometrowy trekking, znowu wygrzewam kości (najpierw w promieniach słońca, później przy ogniu) i zostaję na noc. Spokojnie mogłabym jechać dalej, ale wizja chatki nad spokojną taflą jeziora była zbyt kusząca.

Dzień 3 – Kyrkstigen

Przed czekającym mnie kilkusetkilometrowym tranzytem na daleki zachód odwiedzam jeszcze 2 miejsca w okolicy, Pierwsze z nich to najbardziej luksusowa chatka jaką widziałam podczas tego wyjazdu – w środku drewniane meble, sprawny piec i komplet wyposażenia potrzebnego do bardzo wygodnego spędzenia czasu. Po znalezieniu jej trochę żałuję, że nie dojechałam na noc jeszcze tutaj – byłoby cieplej i wygodniej a okolica jest wcale niebrzydka! Na szczęście w przyrodzie nic się nie marnuje – zostawię ją sobie na kolejną wizytę w Szwecji.

Postój numer dwa to Kyrkstigen Nordmyran – 700-metrowej długości drewniana kładka rzucona nad terenem zalewowym rzeki Dalälven. Kładka ta postawiona została dla okolicznej ludności i używana była jako część szlaku wiodącego na nabożeństwa. Kyrkstigen to w dosłownym tłumaczeniu “droga do kościoła”. Dzisiaj – stanowi atrakcję turystyczną i punkt obserwacji wielu gatunków ptaków.

W ramach kontrastu dla luksusowej chatki z poranka, na sam wieczór docieram do najbardziej odizolowanej i dzikiej spośród tych, które odwiedziłam podczas mojego wyjazdu. Schowana w głębokim lesie nad jeziorem, pośród górskich pagórków, daleko od asfaltu (dojazd do niej to 30km szutrostrady), stała sobie cichutko i niepostrzeżenie.

Dzień 4 – TET

Czwartego dnia w końcu docieram do głównego celu mojego wyjazdu do Szwecji, a dokładniej do jego początku. Po przejechaniu wczorajszej szutrostrady w odwrotnym kierunku i pokonaniu dodatkowych kilkunastu kilometrów dojeżdżam do punktu, gdzie startuje mój odcinek TET. Miejsce wcale nieszczególne – mała żółta tabliczka wyznaczająca granicę szwedzko-norweską, po obu jej stronach po kilka niewielkich domków – i tyle. Esencja skandynawskiej prostoty ;)

Od tego momentu z każdym dniem pokonuję coraz więcej kilometrów, za to zbieram coraz mniej dowodów, że tu byłam. I na zdjęcia i na postoje szkoda się zatrzymywać bo jedzie się przyjemnie i spokojnie, a widoki za każdym rogiem zapierają dech w piersi (dopiero po czasie myślę, że jednak złapałabym tam kilka naprawdę fajny kadrów).

Z 320km dzisiejszego dnia jakieś 260 było TETowych, więc idzie całkiem nieźle. W standardzie szwedzkiej infrastruktury szutrowe drogi zakorzenione są do tego stopnia, że z ulgą przyjmuję krótkie asfaltowe odcinki, na których można nieco odpocząć. Szutrowa średnia 60km/h to moja absolutna norma – nigdzie się nie spieszę a i kontuzji nie szukam, bo jadąc solo nie mogę liczyć na niczyją pomoc. Do ograniczeń prędkości na poziomie 70km/h przez las jeszcze trochę mi brakuje, jest więc zapas bezpieczeństwa 🙃

Dzień 5 – Z atrakcjami

Pierwsze kilkaset km trasy od norweskiej granicy weszło na luzie – tu szuterek, tam szuterek, czasem troszkę asfaltu – dookoła głównie lasy i jeziora (Szwecja składa się wyłącznie z lasów i jezior) i od czasu do czasu jakieś pole uprawne albo krówki czy koniki. A dziś nadszedł dzień niespodzianek – pomiędzy kolejnymi podobnymi sobie odcinkami wpadło kilka bardziej technicznych elementów: leśny singielek, górzysty podjazd z interesującym zjazdem i kilka dróg o dziwnie luźnej nawierzchni, na której i mijani gravelowcy pozostawili zygzakowaty ślad.

Pośród całości, którą do tej pory przejechałam, wyraźnie widać gdzie szwedzki linesman skorzystał z pomocy lokalsów – wszystkie te smaczki tak bardzo wybijają się ponad poziom, że musiał maczać w tym ręce ktoś obcy.W ten sposób pyknęło kolejne 290km. Przede mną jeszcze kawałek.

Dzień 6 – Store Mosse

Dobra passa krótkich, technicznych odcinków trwa nadal (i towarzyszy mi aż do końca TETa) i urozmaica wszędobylskie szutry, lasy i jeziora. Dzisiejszy dzień kończę wcześnie, już po 150km, bo zaplanowałam na nocleg miejsce, którego nie chcę przepuścić, a przy okazji będzie okazja trochę się poruszać (bo na takim wyjeździe i kręgosłup i siedzenie dostaje w kość).

Witamy w Store Mosse!

Wielkie Bagno, co jest dosłownym tłumaczeniem jego nazwy, doskonale opisuje ten park narodowy. Założony w celu ochrony największych w południowej Szwecji terenów bagiennych park stanowi wraz z jeziorem Kävsjön ostoję ptaków i świetne miejsce do ich obserwacji. 12km szlak dookoła jeziora to atrakcja sama w sobie – znajdziemy na nim drewniane kładki, wrzosowiska, mchy, wszelakie ptactwo i wielką ciszę.

Z punktu widzenia podróżnika mamy do wykorzystania chatki na Svanö i Lövö. Ja nocuję na Svanö, gdzie zajmuje jedną izdebkę w mniejszym domku, z którego może skorzystać każdy, bezpłatnie. Stojąca obok większa chata to hostel, gdzie nie trzeba martwić się o łóżko i pościel, ale wymagająca wcześniejszej rezerwacji miejsca.

Dzień 7 – Ku końcowi

Bilet na prom już kupiony, jedzie się szybko i sprawnie, kilometrów coraz mniej, a ja zmęczona, zmarznięta i brudna, więc pora wracać i odpocząć po urlopie. To praktycznie ostatni solidny dzień mojego wyjazdu – który, jakby chcąc odwieźć mnie od tego zamiaru, okazuje się najładniejszym i najcieplejszym ostatniego tygodnia – do tego stopnia, że nawet lokalni motocykliści powychodzili z ukrycia i widać ich coraz więcej.

Nocuję w najciemniejszej i największej chatce na trasie, nad niewielkim, zacisznym jeziorem, wędząc się w dymie ogniska do późnych godzin nocnych.

Dzień 8 – Plecami do Ystad

Przede mną ostatnie 30km do Malmo. Trochę kusi mnie aby przedłużyć sobie wyjazd i pociągnąć jeszcze jeden odcinek na północ, ale wizja spędzenia potem kolejnego dnia na pokonywaniu autostrady nie jest aż tak kusząca – a podejrzewam, że ten odcinek jeszcze mi się przyda (bo już mam na niego pomysł).

Autostrady jednak nie uniknęłam – po oficjalnym zamknięciu mojego odcinka lecę prosto do Ystad, zjeść, odpocząć, pozwiedzać, zrobić zakupy i oczekiwać na prom do Świnoujścia.

Technikalia – kilometry, noclegi, jedzenie, koszty

Podczas całego 11-dniowego wyjazdu pokonałam 3000km, w tym 2200 po samej Szwecji. Nie wliczam tutaj 500km na lawecie spod Zielonej Góry – ale to już zupełnie inna historia ;)

Jeśli chodzi o koszty – całkowity koszt tego wyjazdu od wyjazdu z domu do powrotu (nie wliczając wcześniejszych zakupów, za to z biletami na prom) uszczuplił moją skarbonkę o ok. 3 tysiące zł.

Największym czynnikiem jest tu paliwo. Nawet u nas ceny benzyny 95 za litr nie zachwycają, a w Szwecji jest jeszcze drożej – średnio cena na stacjach około 10zł na litrze, co co przy codziennym tankowaniu do pełna złożyło się na sporą sumkę.

Drugi czynnik to noclegi – zaplanowany jeden nocleg na polu namiotowym w Gdańsku, do tego 4 razy na szybko rezerwowałam jakiś kąt pod dachem, albo żeby się wysuszyć, albo ogrzać. Podróżowanie solo ma tę wadę, że w absolutnej większości miejsc i tak trzeba zapłacić jak za 2 osoby, co skutkowało wydatkami na poziomie 180-200zł/noc i wzwyż.

Jedzenie. W Szwecji, jak i w całej Skandynawii, tanio nie jest, dlatego pakując się na ten wyjazd wrzuciłam do sakw trochę jedzenie na najbliższe 2 dni i kilkudniowy zapas liofów na kolację. W miarę uszczuplania się mojego tobołka odwiedzałam napotkane na trasie sklepy albo Lidla, którego znajdziecie w większych miasteczkach. Z reguły jadąc solo nie korzystam z kawiarni czy restauracji – brakuje mi społecznego aspektu takiego stołowania. No i nic tak nie smakuje jak śledź z puszki i bułeczka zjedzone na plaży, łące, górce czy w przygodnych krzakach na trasie.

Zastane na miejscu temperatury pokonały wszystkie warstwy moich ubrań (nauka z tego taka, że nie wolno ufać prognozom – różnica 10* to bardzo dużo!). Odczuwalna temperatura w nocy spadała do poziomu 5-7*C, co dla wymarzniętego w ciągu dnia organizmu stanowiło barierę nie pozwalającą mi się dobrze rozgrzać, mimo posiadania śpiwora z komfortem w zerze. Czy to złe przygotowanie, czy starość, czy może oba – oceńcie sami.

Z ciekawostek:

  • Stacje benzynowe są samoobsługowe, na żadnej z nich nie spotkałam znanej nam w tej części Europy budki z obsługą. Należy najpierw wprowadzić kartę płatniczą, następnie wybrać dystrybutor i podniesieniem pistoletu wybrać rodzaj paliwa. Tankujemy, odkładamy i gotowe.
  • Toalety nie posiadają zamka. Tzn. posiadają, ale nie znany nam kluczyk czy zasuwkę – drzwi blokujemy podniesieniem klamki do góry.
  • Szwedzkie śledzie (podobnie jak norweskie) przygotowywane są na słodko. Nawet jeśli jest to puszeczka z cebulką i koperkiem, towarzyszyć jej będzie słodki posmak. Nieco kłóciło się to z moim światopoglądem na śledzia, ale było całkiem smaczne.
  • Im bardziej w las tym większe prawdopodobieństwo, że przypadkowo napotkany Szwed pomacha na przywitanie.