
Moja przypadkowa podróż do Pakistanu tak bardzo zapadła mi w pamięć i pozostawiła po sobie taki niedosyt (czym są 2 tygodnie?), że postanowiłam wrócić tam ponownie już rok później – tym razem na dłużej i trochę inaczej, w znacząco mniejszym składzie, a chwilowo nawet bez składu.
Tę podróż dzielę na 2 części i 2 osobne wpisy, tak samo jak wyglądało to na miejscu. Etap pierwszy spędziłam sama, podróżując lokalnym transportem lub prywatnym autem z moim towarzyszem i przewodnikiem, z którym poznaliśmy się rok wcześniej – Jimmym. Etap drugi, ten dłuższy, to już zwiedzanie na 2 kołach, w towarzystwie dodatkowej dwójki znajomych z poprzedniego wyjazdu, którzy dołączyli do nas w Skardu.
Tym razem pomijam opisy lotów do/z Pakistanu, ponieważ skorzystałam z tej samej linii lotniczej jak poprzednio, na tej samej trasie, i nawet w tej samej cenie. Nie będę też dzielić tego wpisu na poszczególne dni bo było ich niewiele, trzeba było zobaczyć jak najwięcej, a sporo czasu zabierało nam przemieszczanie się z miejsca na miejsce.
Tak więc słuchajcie…
Po dotknięciu kołami samolotu pakistańskiej ziemi i odzyskaniu mojego bagażu, z jednego z mniejszych dworców autobusowych jak najszybciej opuszczamy Islamabad – jeszcze tu wrócimy, ale czas nagli – i jedziemy ku Lahore. Kupiliśmy standardowe bilety ale podróż bardziej komfortowa niż mogłam się spodziewać – rozsiadamy się na wygodnych, (eko)skórzanych fotelach, pan z obsługi roznosi wodę/colę w jednorazowych kubeczkach a ja podziwiam widoki za oknem. Kawałek za miastem wjeżdżamy na odcinek szybkiego ruchu z ograniczeniem prędkości do zaledwie 40km/h – i szybko dowiaduję się skąd to ograniczenie: całkiem niedawno miał tu miejsce tragiczny wypadek autokaru, który rozbił się o skalną ścianę. Wkrótce po tym wydarzeniu wprowadzono tu odcinkowy pomiar na obu kierunkach – a kierowcy, aby nieco je obejść, jadą z całkiem normalną prędkością, po czym zwyczajnie zatrzymują się na przerwę, dla poprawienia średniej.

Lahore
Droga z Islamabadu do Lahore to ok 380 km i 5 godzin jazdy, do miasta docieramy więc już na tyle późno, aby mieć tylko trochę czasu na kolację w słynnej i bardzo turystycznej restauracji Haveli, z miejscami na dachu i widokiem prosto na meczet (to najczęściej odwiedzane i najbardziej Instagramowe miejsce w miecie). W tym miejscu muszę przyznać, iż pomimo, że z tęsknoty nauczyłam się przyrządzania kilku potraw z pakistańskiej kuchni, to jednak w większości przypadków nie udało mi się dosięgnąć tej samej głębi smaków, jaką znajduje właśnie tu zakupione na powrocie mieszanki przypraw znacznie mnie do tego zbliżyly) – a o takim widoku do posiłku nie mogę nawet pomarzyć!
Kolejnego dnia wracamy do centrum miasta aby zajrzeć do spektakularnego, zbudowanego z czerwonego piaskowca meczetu Cesarskiego (i tym razem wejść do środka) oraz wybrać się na spacer po forcie. W samym Lahore mogłabym spokojnie spędzić kilka dni, spacerując po historycznych ulicach miasta, ale czasu mamy niewiele – a jeszcze tego wieczora chcemy dotrzeć na granicę z Indiami.
Wagah Border, czyli przejście graniczne na styku Pakistanu z Indiami, to wielka rotunda, przedzielona pośrodku zamkniętą (ale nie zawsze) bramą. Z jednej strony na drugą przebiega droga, a po obu jej bokach, symetrycznie, znajdują się miejsca dla widzów którzy zbierają się tutaj codziennie o 18 w jednym celu – podziwiać ceremonie hucznej parady Beating Retreat Border.
Planowałam wrzucić tutaj film, który nagrywałam podczas tego wydarzenia, ale gdzieś go zgubiłam – możecie go bez problemu znaleźć na Youtubie. Żałuję tylko, że żaden film nie jest w stanie oddać emocji, jakie budzą się w człowieku tam, na miejscu – gdy muzyka wdziera się na trybuny, żołnierze z patosem i werwą wykonują układ, oba narody na sygnał wykrzykują swoje zasiewy, a na końcu następuje opuszczenie flag obu państw (i ewentualnie otwarcie bramy miedzy nimi – chociaż z uwagi na trwający konflikt w ostatnich czasach raczej pozostaje zamknięta).
Dolina Kalash
Następnym punktem naszego (w sumie to mojego) programu jest dolina Kalash – a żeby do niej dotrzeć musimy przetransportować się o ponad 700km na północny-zachód, przez Islamabad, do regionu Chitral, aż pod granicę z Afganistanem. Droga jest długa i niewygodna (dosłownie – asfalt na połowie tej trasy jest bardzo kiepskiej jakości, chociaż podobno z roku na rok jest coraz lepiej), więc tym razem zadbaliśmy o trochę komfortu we własnym zakresie: zamiast tańszej, II klasy, jedziemy jak VIPy! Za nieco droższy bilet dostajemy wygodne, rozkładane fotele i poduszeczkę pod głowę, możemy więc wygodnie rozłożyć się na całą podróż i trochę pospać (wyjeżdżając z Rawalpindi wieczorem do Chitral docieramy już rano).
Dolina Kalash składa się z 3 mniejszych dolinek: Rumbur, Bumboret i Birir. Jest to region unikatowy przede wszystkim kulturowo: Kalasze wyznają religię politeistyczną (około połowa z nich – druga połowa wyznaje islam), wierząc w 12 bogów i bogiń będących personifikacją sił natury, i uznają się za potomków żołnierzy Aleksandra Wielkiego, którzy przybyli w góry Hindukuszu w IVw. i zakładali rodziny z lokalnymi kobietami (stąd niczym dziwnym jest spotykanie tu ludzi o jasnej karnacji, błękitnych oczach i blond włosach).
Pomijając kwestie religijności (które przybliżone nam zostały min. na tutejszym cmentarzu) i nietuzinkowej aparycji (spójrzcie tylko na tradycyjne stroje kobiet!) dolina Kalash sławna jest ze swoich festiwali: Chalim Joshi (Festiwal Wiosny), Uchal (Festiwal Lata / Zbiorów) i Choimus (Festiwal Zimy), z kolorowymi strojami, tańcem w kręgu i śpiewem przy dźwiękach bębnów – oraz celebracji natury i życia, w której udział mogą wziąć również turyści (i robią to tłumnie!).
Najbardziej rzucają się w oczy stroje kobiet: długie, czarne suknie ozdobione mnóstwem kolorowych haftów – czerwonych, pomarańczowych, zielonych czy różowych. Im bardziej bogate zdobienia, tym strój wygląda bardziej odświętnie. Prawdziwą gwiazdą stroju jest jednak nakrycie głowy: Kalaszki noszą ciężkie, bogato dekorowane czepce i opaski wyszywane koralikami, ogromna ilością muszelek (dokładnie takich jak te naszych góralskich kapeluszach) i kolorowymi nićmi. Jeśli jednak myślicie, że te stroje ubierane są tylko na festiwale i na pokaz dla turystów – to nie.
Mężczyźni noszą się tu znacznie skromniej, nosząc standardowe dla Pakistanu shalwar kameez, dorzucając ewentualnie do tego wełniane płaszcze i nakrycia głowy.
Ciekawostka: w jednym z lokalnych muzeów/sklepików z pamiątkami za drobną opłatą (na rzecz muzeum) kobiety mogą przymierzyć lokalne stroje i przekonać się ile waży taka gruba wełniana suknia – co też zrobiłam :) i mogę zapewnić, że w takim stroju można poczuć się jak Kalaska księżniczka.
Ciekawe czy ktoś rozpoznał mnie na jednym z powyższych zdjęć?
Na chwilę odwiedzamy też mieszkańców (starszą panią i jej męża) oficjalnie najstarszego domu w dolinie. Drewnianą konstrukcję wspartą na palach szacuje się na 300 lat, chociaż niektóre źródła podają, że najstarsze konstrukcje w regionie mogą mieć i 700.
Yasin i Makuli Meadows
Kolejnym punktem naszej trasy była dolina Yasin – rodzinne strony Jimmego. Z doliny Kalash jedziemy autem do Chitral, stamtąd lokalnym transportem (4×4) do Mastuj, dalej kolejnym lokalnym transportem (przez Shandur i Phander) już prawie do Yasin!
Dlaczego prawie? Tutaj w grę wchodzi sytuacja geograficzno-pogodowa w tym rejonie świata: rok w rok letnie upały powodują topnienie lodowców (a Pakistan ma ich najwięcej na świecie – ponad 7200), za czym idzie gwałtowne przybieranie wody w rzekach i powodzie (wodne i, jeszcze bardziej niszczycielskie, błotno-kamienne). W wyniku takiego wydarzenia kilka-kilkanaście kilometrów przed naszym celem rzeka zabrała kawałek drogi – głównej drogi łączącej wioski. Prawdopodobnie w Polsce ogłoszono by w tym momencie koniec świata, do akcji wkroczyłoby wojsko i naprędce zbudowano by most dla pieszych, a reszcie kazano czekać na przetargi i rozwiązanie tej sytuacji – ale Pakistańczycy to twardzi ludzie i takie sytuacje widzieli już nie raz. Ponieważ podróżować czy dostarczać towary muszą i będą, cały ruch pieszy przekierował się na wąziutka ścieżkę na skalnej ścianie powyżej zniszczonej drogi – wiecie, przepaść z widokiem na buzującą poniżej wezbrana rzekę, powiązane sznurkiem drewniane drabinki, wąskie mijanki na sypkiej dróżce i 50kg worki ryżu przerzucane z jednej strony na drugą siłą ludzkich rąk i pleców.
Jeśli przyjdzie Wam kiedyś odwiedzić dolinę Yasin i będziecie mieć 1 wolny dzień do spędzenia w okolicy to poza lodowcem Darkut (który odwiedziliśmy rok temu) wybierzcie się na trekking z położonej w górnych partiach doliny Makuli na Rainbow Mountain (a w razie nadmiaru czasu możecie też wziąć pod uwagę jeziora Makuli i Asumbar).
Tęczowa Góra to spektakularny masyw pokryty unikalnymi, wielobarwnymi pasami w żywych kolorach (odcieniach czerwieni, brązów, zieleni i żółci), które są efektem utleniania minerałów zawartych w tamtejszych skałach – i bliźniaczo przypomina słynne formacje w Peru, w górach Ameryki Południowej. O ile wdrapanie się na nią to świetny sposób na spędzenie dnia to koniecznie musicie zawczasu uzbroić się w dobra kondycje fizyczną. Ścieżka na szczyt pnie się mocno w górę, na wysokości ponad 3 tysięcy metrów nad poziomem morza – co dla statystycznego Polaka będzie ogromnym wysiłkiem energetycznym i wyzwaniem wydolnościowym.
Nasz dalszy pobyt w dolinie zostawię bez wdawania się w szczegóły, szanując prywatność Jimmyego i jego rodziny, ale za to wrzucę Wam małą galerię z podpisami pod zdjęciami (również te z Makuli Meadows).
A dalej już prosto do Skardu, odebrać z lotniska 2 kolejnych zagubionych wędrowców!
A skąd ten tytuł? Kiedy już raz odwiedzicie Pakistan i spróbujecie dobrego, mocnego chaiu z mlekiem będziecie często wracać do wspomnienia tego smaku. Na szczęście moje zapasy chaiu jeszcze się nie skończyły (a w razie potrzeby mam swojego ulubionego dostawcę) a przyrządzenie go jest bardzo łatwe, wymaga tylko trochę cierpliwości – mam go więc na co dzień :)
































































