...czyli odbieramy naszych towarzyszy i wskakujemy na 2 kółka!

Skardu i fort Kharpocho

Skardu – miasto najbardziej znane ze swojego imponująco położonego lotniska i twarzy pełnych zaskoczenia gdy wysiadasz z samolotu na płycie a dookoła nie ma żadnych budynków – a którego tak naprawdę nie dane było nam zobaczyć rok temu bo służyło tylko za szybki punkt przesiadkowy. Tym razem mamy okazję zjeść, pojeździć, zrobić małe zakupy i nawet trochę pozwiedzać.

Kharpocho, czyli Fort Skardu, to górująca nad miastem nieco podupadająca twierdza i doskonały punkt widokowy na okolice. Jeśli już uda Wam się odszukać się w labiryncie wąskich dróżek i dotrzeć pod fort (można podjechać pod same schody na wzgórze) do pokonania zostają tylko kamienne schody i dziura w drzwiach (to oficjalne wejście – bilecik w cenie 300RS kupicie u siedzącego na progu starszego mężczyzny). Fort jest się kiepskim stanie i widać, że niepecjalnie ktokolwiek o niego dba – drewno z roku na rok coraz bardzie próchnieje a po izbach zalegają śmieci ale dla samych widoków warto się tam wdrapać.

Skoro już zaczęłam serię fortów to tym razem dajemy się na północ, zaledwie 30km od miasta, ku kolejnemu z nich – tym razem już oficjalnie na motocyklach!

Fort Shigar

Shigar – kolejna nazwa, która oznacza zarówno region, dolinę jak i fort – to główna baza wypadowa dla wspinaczy i turystów udających się w góry Karakorum, w tym na drugi najwyższy szczyt świata – K2. Nas interesuje dzisiaj tylko fort – a raczej pałac, jakim stał się w ostatnich latach. Należy do tych szczęśliwców, o które zadbano i odnowiono (bo od swojego powstania w XVIIw sporo przeszedł). Dzięki działaniom fundacji Aga Khan i niebagatelnej kwocie 1.2mln dolarów, tchnięto w niego nowe życie – dziś działa tutaj i hotel i restauracja (ceny posiłków są oczywiście wyższe niż gdziekolwiek dookoła, ale polecam zjeść choćby zupkę – była wyborna).
Oryginalna nazwa fortu, Fong Khar (Pałac na Skale) wyjaśnia się już 20m po przejściu przez pałacową bramę – ale zostawię Wam to jako niedopowiedzianą ciekawostkę do doczytania albo zobaczenia na własne oczy.

W drodze powrotnej do Skardu zatrzymujemy się na moment nad Blind Lake (Ślepym Jeziorem, wykorzystywanym jako źródło wody oraz do rekreacyjnego pływania na kajakach i łódeczkach) i na pustyni Sarfanaga oraz wpadamy w odwiedziny do lokalnego Buddy – pamiątki z czasów Złotej Ery Buddyzmu, pamiętającej IXw.

Kolejny dzień to dla odmiany kolejny fort! Tym razem jedziemy w dłuższą wycieczkę na wschód, gdzie spędzimy noc.

Pałac Khaplu

Khaplu jest całkiem młody (rezydencja jest z 1840r) i z jego powstaniem wiąże się ciekawa historia – o jego lokalizacji zdecydował stoczony z klifu przy poprzednim forcie głaz. Tam, gdzie się zatrzymał, postawiono nowy budynek.
Dzisiaj stanowi imponujący przykład architektury i sztuki – w jego murach widać wpływy prac rzemieślników z Baltistanu, Kaszmiru, Tybetu, Ladakh i Centralnej Azji – i prawdopodobnie właśnie dlatego zrobił na mnie największe wrażenie ze wszystkich trzech. Drewniana sztukateria i przeplatające się i współgrające motywy wyglądają imponująco i budzą wielki szacunek dla rzemiosła.

A do tego, jeśli od zawsze widzieliście się w pałacowych komnatach – poza pełnieniem funkcji muzeum dziedzictwa narodowego w Khaplu znajduje się aż 21 pokoi hotelowych do wynajęcia.

Ponieważ i tak wszystkie drogi wiodą do Skardu to wracamy do Skardu – nie ma co walczyć z przeznaczeniem ;) Meldujemy się w hotelu po drugiej stronie miasta i planujemy dzień niemotocyklowy – i jeden z ciekawszych krótkich trekkingów jakie możecie zrobić w tej części kraju. Jeśli tylko traficie na dobra pogodę – bardzo polecam! Popatrzcie zresztą na fotki poniżej a zrozumiecie dlaczego.

Kiedy zbliżamy się do widocznego już z oddali gigantycznego głazu i zaczyna brakować terenu powyżej nas – zaraz za głazem znajduje się cel naszej wycieczki.

Język Trolla czyli Marsur Rock

Marsur Rock, pakistański odpowiednik norweskiej Trolltungi, to oferujący wspaniałe widoki i jeszcze lepsze kadry wiszący nad doliną skalny jęzor, znajdujący się zaledwie 3km od centrum Skardu.
Od miejsca parkowania na szczyt pokonaliśmy górską ścieżką 6.5km i 865m przewyższenia (w obie strony) – nie jest więc długo, za to intensywnie. Biorąc pod uwagę wysokość, na jaką trzeba się wspiąć – niemalże 3800m n.p.m. – która nijak ma się do nawet najwyższych szczytów w Polsce, robi się z tego całkiem niezły trening.

Jest gdzie się spocić ale widoki zdecydowanie są tego warte!

Informacje praktyczne: planując dzień na Marsur Rock ze startem w Skardu musicie liczyć jakieś 15 minut dojazdu z miasta do Hussainabadu + 10-15 minut na punkt startowy w dolinie Broq + (w zależności od kondycji i warunków) 2-4 godziny samego trekkingu + czas na relaks na górze (i oczywiście powrót do miasta). Szlak ma 6.5km i 865m przewyższenia (w obie strony).
Ze względu na dosyć strome podejście i sypkie podłoże koniecznie zabierzcie ze sobą wygodne buty z dobrym bieżnikiem i odpowiednią ilość wody.

Deosai

Kolejnego dnia szykuje nam się długa jazda w górę i trochę krótsza jazda w dół. Opuszczając Skardu kierujemy się na północ i mijamy Buddę, aby z krótkim postojem nad Sadpara – naturalnego, chociaż zabudowanego tama od strony miasta jeziorem, w którym żyją tęczowe i brązowe pstrągi (Sadpara to również pseudonim Muhammada Aliego, pakistańskiego wspinacza, o którym jeszcze padnie tu zdanie czy dwa). pnąc się dalej w górę – na drugi najwyżej położony płaskowyż na świecie.

Deosai, bo o nim mowa, to utworzony w 1993r (a w 2003r wpisany na listę UNESCO!) w celu ochrony himalajskiego niedźwiedzia brunatnego Park Narodowy. Drugim znanym i zdecydowanie bardziej towarzyskim, mieszkańcem tego rezerwatu jest świstak ogoniasty (jeśli macie przy sobie herbatnik, może się przydać).

Deosai przecina niewiele dróg, nie ma też wielkich tłumów – spotkacie niewielkie grupy turystów i przyrodników zainteresowanych obserwacją tutejszej populacji niedźwiedzi. Gdy byliśmy tam zaledwie rok temu na drodze ze Skardu do Astore znajdowało się kilka punktów obozowych gdzie można przenocować (w namiotach z łóżkami polowymi, w dosyć wygórowanej cenie 50USD) lub coś zjeść (głównie bardzo proste potrawy, typu paratha/roti, frytki i chai). Ale – w czasie ostatniego roku wprowadzono zakaz prowadzenia działalności noclegowej na terenie Parku – nie wiem co prawda jak to teraz wygląda w praktyce ale można spodziewać się, że droga przez Deosai będzie pusta.

Tym razem nie zjeżdżamy do Skardu, jesteśmy trochę za daleko a już na zjeździe zapada zmrok – zamiast tego zatrzymujemy się w zbudowanym w około 50% hotelu w wyziębionych murach, ale za to z gorącym rosołkiem.

Ostatnie dni naszego wyjazdu to głównie stałe turystyczne punkty, które odwiedzaliśmy już rok wcześniej, ale z twistami – i dzięki temu każdego dnia poznajemy coś zupełnie nowego.

Karimabad

Na początek – Karimabad. Droga z Astore jest długa i momentami dłuży się niemiłosiernie – głównie dlatego, że czuję się fatalnie, prawdopodobnie z powodu odwodnienia – ale za to mamy jak zwykle dobre jedzonko a do Karimabadu docieramy w sama porę aby trochę się odświeżyć i zdążyć na punkt widokowy na zachód słońca.

Eagle’s Nest czy Orle Gniazdo albo wzgórze/wioska Duiker to chyba najbardziej spektakularny punkt widokowy w okolicy. Górująca wysoko ponad doliną i oboma fortami część miasta wygląda aktualnie zupełnie inaczej niż to, co znajdziecie na zdjęciach satelitarnych Google Maps. Zamiast łysego, kamienistego zbocza zobaczycie tam rozległa farmę fotowoltaiczną (Pakistan wiedzie prym jeśli chodzi o wykorzystanie energii słonecznej), ale w dalszym ciągu jest tam sporo miejsca aby usiąść i podziwiać panoramę doliny Hunza – a jeśli spojrzycie centralnie na północ, w kierunku grani, dojrzycie wąziutki jak szpikulec szczyt – Lady Finger, a inaczej: Bubli mo Ting – Szczyt Bubli.

Kisar, magiczny książę z Baltistanu, przybył do Hunzy podczas jednej ze swoich przygód i poślubił księżniczkę o imieniu Bubli. Słysząc, że jego pierwsza żona w Baltistanie, Langabrumo, została porwana natychmiast poczynił przygotowania, by wyruszyć i ją uratować. Zabrał Bubli na szczyt góry i wręczył jej worek zboża oraz kurę. Na jej pytanie kiedy powróci powiedział: „Co roku dawaj temu kurczakowi jedno ziarno do jedzenia. Gdy worek będzie pusty, wrócę. Do tego czasu zostań tutaj.” i odszedł – a Bubli, jak mówią, wciąż tam czeka.

Jeśli czytaliście moje pakistańskie posty z zeszłego roku to wiecie już, że jednym z punktów zwiedzania Karimabadu był fort Altit – najstarszy zabytek w dolinie (ponad 1100-letni) i pierwotna siedziba władców Hunzy. Po nim przyszedł Baltit – młodszy (zaledwie 700-letni), bardziej nowoczesny, lepiej (wyżej) położony i zdecydowanie bardziej reprezentacyjny – i po ok. 300 latach to on stał się siedzibą Mirów. Podchodząc bliżej widać te różnice – choć Altit góruje nad miastem już z drogi dojeżdżającej do Karimabadu to przez jego umiejscowienie w mieście i szczelne otoczenie domami nie sprawia takiego imponującego wrażenia jak Baltit – rozległy, okazały, samotnie trwający na wzgórzu. Bardzo polecam zwiedzanie z przewodnikiem i baczne słuchanie jego opowieści – takich ciekawostek jak ta o fortowej lodówce (z czasów, gdy jęzor lodowca dotykał ścian fortu) prawdopodobnie nie znajdziecie w czeluściach internetu :)

Oba forty dzieli zaledwie 3km, więc bez problemu możecie odwiedzić je tego samego dnia – a po zwiedzaniu wpaść na tradycyjne ciasto orzechowe lub czekoladowe brownie (a nawet kawę!) do Cafe de Hunza (odwiedziliśmy też mniej znany Mountain Cup Cafe i również polecam).

Kolejne 3 punkty tego wyjazdu to jezioro Attabad, most Hussaini i Passu Cones – wszystkie 3 pojawiły się już w moich zeszłorocznych wpisach więc nie będę powielać ich opisów (wrzucam jednak linka do tamtego posta), ale ponieważ znowu było widokowo ładnie to poniżej pojawi się mała galeria.

Misgar i Chapursan

Na sam koniec naszych odwiedzić na Północy odwiedzamy jeszcze 2 zupełnie nieturystyczne, położone równolegle po dwóch stronach grani, dolinki: Misgar i Chapursan.

Na pierwszy rzut Misgar.
Wyjeżdżając z Passu jedziemy na północ i zaraz za Sost odbijamy z głównej drogi, na zachód (opis dojazdu jest dokładnie taki sam dla obu dolin, do Chapursan skręcamy tylko trochę dalej). Początek jest niepozorny ale gdy już wjedziemy nieco głębiej otwiera się przed nami przeplatanka sielskich krajobrazów wiosek i małych domków oraz rozległy trawers grzbietem i przepastna dolina rzeki poniżej. Tam, dokad zmierzamy, prawie u schyłku doliny, znajduje się fort – i prawie do niego dotarlismy :) Niestety, ponieważ zawały dróg i remonty mostów są w Pakistanie codziennością, w pewnym momencie nasza droga gwałtownie się kończy – pozostaje nam tylko zawrócić i kontynuować eksploracje za grania.

Wracamy do głównej drogi, przejeżdżamy kawałek dalej i ponownie kierujemy się na zachód. Pomimo, iz obie doliny dzieli niewielka odległość każda ma zupełnie inny charakter: podczas gdy droga do Misgar wydaje się bardziej cywilizowana (jest nawet asfalt) i utrzymywana, wjazd do Chapursan to już od początku szutry, wymyte deszczem dziurawe żwirowe odcinki, wąskie zakręty (w pewnym momencie szybko robimy wysokość) i widoki przypominające droge do Shimshal.
Gdy w końcu wyjechaliśmy na wypłaszczenie i już prawie dojechaliśmy do pierwszej wioski (jesli dobrze pamietam jest ich tutaj aż 7) na swojej drodze spotkaliśmy dwoje lokalsow z kapciem w motocyklu i kompletnym brakiem narzędzi – i nasza grupa zamiast przeć naprzód przejęła na chwile obowiązki wulkanizatora. Na końcu tej dolinki czekała na nas kaplica, która również miałam wielka nadzieje zobaczyć – ale nie wyobrażacie sobie ile czasu zajmuje 5 mężczyznom wymiana dętki (i towarzyszące temu rozmowy)!

Dwie dolinki i dwa cele, do których nie udało nam się dotrzeć – ale czy ktokolwiek uznałby to za porażkę? Zdecydowanie nie! Tutaj liczą się kilometry, widoki, które zapierają dech w piersi i czysta przyjemność z jazdy. To, czy uda nam się gdzieś dojechać i cos pozwiedzać jest tylko przyjemnym dodatkiem :)

Tym pięknym dniem skończyła się nasza motocyklowa przygoda. Po powrocie do Gilgit przekazujemy motocykle w ręce ludzi Jimmy’ego i kolejnego dnia udajemy się do Islamabadu – tym razem zwykłym, cywilnym autem. Na trasie Islamabad-Gilgit/Skardu krąży wielu kierowców, których praca jest transport ludzi i bagaży w obie strony (cos w stylu taxowki?). Jest nas 4ka wiec to najbardziej opłacalna metoda transportu na tej trasie – zajmuje nam to prawda cały dzień ale mamy okazje do podziwiania zmieniającego się krajobrazu, przerwy na posiłki i mocno pobudzające momenty gdy bliżej obserwujemy co wyprawia nasz kierowca. Szybka jazda po dziurawej drodze i ślepych zakrętach czy wyprzedzanie na trzeciego i strabienie wszystkich z drogi w środku miasta? Macie to wszystko w pakiecie – pracujący w ten sposób kierowcy pokonują ta trase często kilka razy w tygodniu, prawdopodobnie znają ja na pamięć i nie maja czasu na takie głupoty jak zasada ograniczonego zaufania, stosowanie się do oficjalnych zasad ruchu (swoja droga musze kiedyś wgłębić się w temat jak oficjalnie powinno się jeździć po Pakistanie) czy ryzyko szybkiej śmierci (zupełnie szczerze, ta podróż wydawała mi się bardziej ryzykowna niż wjazd Jeepem do Fairy Meadows). Czy bylo ryzykownie? I tak i nie. Czy mając kolejna okazje wybrałabym podróż w ten sposób? Tak ;)

Po powrocie do Islamabadu Jimmy odbiera swoja kolejna grupę – podpinamy się do nich na ten ostatni dzień zwiedzania, i nagle robi się z nas spora ekipa 20 osób. Zapomniałam dodać – 20 Polaków!

Taksila – czyli buddyzm w Islamabadzie

Radosny autokar udaje się do kompleksu archeologicznego Taksila. Być może gdzie przemknęła Wam ta nazwa – jest to zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO (od 1980r.). W starożytności stanowił ważny buddyjski ośrodek kultu religijnego i uniwersytecki. Cały teren kompleksu jest bardzo rozległy i zwiedzanie wszystkiego może zająć cały dzień – ale jeśli chcecie zobaczyć Taksile w pigulce odwiedźcie Muzeum i Julian – zrujnowany (tak, wiem jak to brzmi, ale to jednak zabytek z II wieku) klasztor buddyjski i tamtejsze stupy.

Na sam koniec dnia udaje nam się jeszcze wyskoczyć do prawdopodobnie najbardziej znanego budynku w Islamabadzie – meczetu Króla Fajsala. Meczet jest całkiem młody, bo zbudowany w 1987r – ale nie dla wartości historycznej a architektonicznej warto go zobaczyć. Meczet jest imponujący – jego ksztalt nawiązuje do formy beduińskiego namiotu. Moim zdaniem najlepiej oglądać go podczas zachodu słońca, gdy światło będzie przelewać się po kopule budynku i odbijać w płytach dookoła – zarezerwujcie jednak trochę czasu wcześniej na obejście go dookoła lub może nawet wejście do środka.

Zwiedzanie Islamabadu w moim wykonaniu rok w rok odbywa się na raty – ma to swój sens bo majac tylko 14 dni w Pakistanie szkoda czasu na zatrzymywanie się w stolicy, lepiej lecieć odrazu na Północ. Mam jednak nadzieje, ze w końcu uda mi się zobaczyć wszystkie żelazne punkty turystyczne – a zostało mi ich jeszcze kilka.

Czy był to mój ostatni wyjazd do Pakistanu? Najprawdopodobniej nie, ale przekonajmy się o tym wspólnie…

PS. Jeśli chcecie być bardziej na bieżąco (ten wpis został opublikowany prawie rok po fakcie) z moimi wyjazdami – zaglądajcie od czasu do czasu na mojego Instagrama.

PS2. Do tej pory nie udało mi się poskładać filmu z ostatniego wyjazdu – ba, nawet dobrze nie zaczęłam! I, co gorsza, nie wiem kiedy mi się to uda.